Odleciał. Zostawił rzeczywistość, stoczył się w otchłań nieskończonej ciemności.
Odszedł w świat, którego nie znał, choć go wykreował w pełnej szczegółowości.
Nie zwlekał z pożegnaniami. Nie miał kogo żegnać, cisza posłużyła jako płasz ochronny
Przed deszczem słów odradzających. Od ludzi, których krajobraz uczuć był pustynny.
Stąpnął jedną nogą, twardo złożył stopę na nowym, niepewnym gruncie.
Nic się nie zmieniło.
Podjął się drugiego kroku, stanął trzeźwo na ziemi i zastygł w tym punkcie.
Czy nic się nie zmieniło?
Już go nie widziano i już go nie słyszano, zapomniano o nim, był jak uśmiech w żałobie,
Nieobecny, nieprzytomny, skryty za krańcem bólu. Wściekłe łzy kryły się w sobie.
A on jak stanął, tak nigdy się nie poruszył. Sparaliżowany, był więźniem umysłu.
Czasem ktoś drasnął ramieniem o granicę światów, wtedy odchodził od zmysłów,
Pragnął powitać, poczęstować, oprowadzić, opowiedzieć...
Cała ta eksplozja emocji, ten wulkan uczuć ginęły przez niewiedzę.
Niewiedzę kogokolwiek o czymś poza rzeczywistością, w której żyją.
Niewiedzę na temat możliwości stworzenia bańki chroniącej przed tym, czym gniją.
Ale czy to ważne? Są z innymi. Są w społeczeństwie, nikogo nie obchodzi to, że zepsutym.
Jego tam nie ma. Pomylił się, wszyscy inni potrafią żyć w tym odchodzie odrażającym.
Umarł w świadomości ludzi, których znał.
Pochował swoje życie, którego zresztą nie kochał.
Ogląda wszystko z boku, jest wiecznym widzem teatru
Odgrywającego milczący spektakl za kurtyną z czarnego diamentu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz