wtorek, 10 grudnia 2013

Ze wszystkiego w nic

Byłeś człowiekiem sukcesu,
Byłeś świadkiem własnych ekscesów,
Byłeś prawem i sądem dla wielu,
Byłeś drogą prowadzącą do celu,
Byłeś punktem odniesienia,
Przykładem przebaczenia,
Byłeś wojną, byłeś strachem,
Byłeś zamachem,
Byłeś wolną wolą, spełnieniem marzeń,
Byłeś krótkowzrocznym przypadkiem zdarzeń,
Byłeś samotnym jeźdźcem,
Byłeś duszą i sercem,
Byłeś jak słodki wyraz,
Kim jesteś teraz?

Byłeś ojcem osiągnięć,
Byłeś skutkiem niedociągnięć,
Byłeś ratunkiem w potrzebie
I zgonem na pogrzebie,
A jesteś piaskiem na pustyni
Miotanym wiatrami każdymi,
Jesteś bez ciała i rozumu,
Jesteś częścią białego szumu.

Byłeś wszystkim tym, co dobre,
A zarazem do dobrego niepodobne,
Byłeś bestią bez współczucia,
Byłeś ziemią zepsucia,
Byłeś rządnym zemsty ogniem,
Byłeś kojącym ból chłodem,
Wiatrem niosącym zniszczenie,
Byłeś wodą na spragnienie.

Jesteś próżnią nieskończoną,
Głuchym ślepcem i niemową,
Jesteś motyką na słońce.
Co zrobiłeś ze swym życiem?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Potwory.

Są za ścianami,
Są pod łóżkami,
Kryją się w cieniach -
Mroczne wcielenia.
Szkaradne paszcze, krępej budowy,
Są w naszych szafach i snach. Potwory.
Straszą po nocach,
Chowamy się w kocach,
Oślizgłe bestie
Pachnące wstrętnie,
Piszczą i warczą,
W myślach nas karcą,
Sponiewierają
Dotykiem ciało.
Krążą nad głową
Jak nad zdobyczą
I wyczekują
Cicho coś knując.
Snują się, suną
W noc tą ponurą,
Są wygłodniałe,
Dziwnie wspaniałe.
Nikt ich nie widzi,
Choć ranią bliźnich,
Sapią i dyszą
Jak za słodyczą
Póki nie zgaśnie
Ciemność wyraźnie
I słońce zacznie
Budzić się zacnie.

A gdzie są dniami?
Są potworami.
Znikają we mgle
Rosy codziennej?
Rozpływają się?
Toną w odmęcie?
Gdzie są potwory,
Gdy dzień jest zdrowy?

Są w naszych głowach
I cichną w słowach,
W hałasie miasta.
I są jak kasta,
Rosną, by na noc
Okazać swą moc
Budząc zmartwienia,
Dając cierpienia.

Dorastaliśmy,
Zabijaliśmy
Kształty, by zniszczyć
Wyobrażeń wstyd.
Dojrzewaliśmy,
Potwory z nami.
Nie zabiliśmy,
Są problemami.

niedziela, 8 grudnia 2013

Pies.

Rozerwę Cię sromotnie,
Poczujesz się samotnie,
Nikt nie usłyszy krzyku,
Tutaj nie ma uniku
Przed szczęką moją,
Pyskiem ociekającym krwią,
Łzami się zalejesz
I je do grobu zabierzesz.

Nawiedzał Cię będę
Po nocach natrętnie,
Zostawiał ślady kłów,
Będziesz cierpieć od stóp do głów.
Wszelkie słowa uwięzną Ci w gardle,
Do końca życia będziesz konać marnie.

I kto jest teraz Panem,
I kto jest teraz w szale?
Odwdzięczam się z nawiązką
Za inteligencję wąską,
Twoją rzeczą nie jestem,
Byłem kiepkim prezentem,
Lecz nie naprawisz szkody,
Bo przyszedł czas żałoby.

wtorek, 3 grudnia 2013

Cyrk ucieleśnionego snu.

Opatruję swą rane,
To czyste przetrwanie.
Wraz z Tobą nie wstanę,
Prędzej w płomieniach stanę.

Idąc po cienkiej linii, obrazującej bicie mego serca
Czuję się jak w cyrku, robię za groźnego zwierza -
Dostarczam rozrywki, gdy patrzysz z boku,
Jestem posłuszny, bo jestem w amoku,
Zwariowałem od głodu, wykorzystano moje ciało
Abym tęsknił do wolności, aby wciąż mi było mało.
Pragnę się wyrwać, wytrącić w ręki bat,
Porwać się instynktowi, ale nie być jak furiat.

Chcę zawładnąć cieniami świateł,
Pragnę być jak bohater,
Uratować w sobie zwierze,
Zaufać własnej wierze.

Nie pytasz mnie, nie odpowiadam i się nie spowiadam,
Ukrywasz się, poza obręb Twojego życia spadam,
Ociekasz złem, wonią bólu i wstydu się napawam,
Jesteś snem.

Lawirując między wspomnieniami, oderwany od realiów,
Wyidealizowałem kształty swoich lęków -
W Twoich oczach mrok zasysający życie,
Falujące włosy łagodzące moją linię,
Uśmiech zimy, kwaśna krew,
Ramiona z lodu i ogłuszający śpiew.
Uciekłem z cyrku Twych kaprysów,
Spaliłem most zbudowany z Twoich zmysłów.

Opatruję swą rane,
To czyste przetrwanie.

Nie pytasz mnie, nie odpowiadam i się nie spowiadam,
Ukrywasz się, poza obręb Twojego życia spadam,
Ociekasz złem, wonią bólu i wstydu się napawam,
Jesteś snem.

Wciąż odwracam się,
Nadal żyję
Tymi ze wspomnień,
Które chcę
By karmiły mnie
Choć wiem, że umrę,
Lecz nie oddam się
W twe senne ręce.

czwartek, 28 listopada 2013

Korporacja.

Kiedyś się obudzę w wielkiej czarnej chmurze
Wypełnionej pięknem tego co na górze,
Nie będę mógł zerkać w dół do tego piekła,
Po którym się dziś przechadzam, czasem na klęczkach.
Ludzie, którzy zamiast ust
Używają luf,
Których argumentami
Są mięśnie ze stali,
Pełzną w świadomości władzy opartej na sile i strachu
Stawiają pomnik przy swych słabościach gmachu;
Pomnik wielkości ego, a wartości IQ
Zbudowany z wyciągniętego z ludzi ołowiu.
Po trupach do celu, zadbać o władzę,
Mylić rosnące cyferki na koncie i na wadze,
Osiągnąć coś, co udaje się tylko niektórym...
Gadamy na nich, a nikt z nas sam nie jest gładkoskórym.
Hipokryci wszędzie, w bogactwie i w biedzie,
Coraz mniej przyjaciół poznaje się w tej biedzie.

Wielkie, okrągłe, kruczoczarne ślepia
Podąrzają za nami patrząc z daleka
I szpiegując każdy skrawek naszego życia,
Byśmy nigdy nie mieli nic do ukrycia.
Mamy sny do zabicia,
Myśli do zapicia,
Lecz one już wiedzą,
Wciąż z nami siedzą,
Dotrzymują towarzystwa w każdej jednej chwili
Udając swą nieobecność póki się nie przekręcimy.

Obracam się pośród głuchych głów,
Wiruję między ścianami zaufania, kałużami słów
I coraz wyżej się wznoszę ku niebu,
A siła odśrodkowa doprowadza do rozrywu.
Ręka, noga, mózg na ścianie,
Myślałem, że to przypadkowe działanie.
Byłem kukiełką w teatrze korporacji,
O której istnieniu nikt nie może mieć racji.

niedziela, 17 listopada 2013

Droga do Valhalli.

Każdej jednej nocy
Drogą idą prorocy
I mimo, że bezocy,
To jak sokoloocy
Wypatrują mnie w cieniach,
Rzucają gniewne spojrzenia,
Chcą ogołocić cierpienia,
Pozbawić mnie imienia;
Chwytają za gardło
Ślepym wzrokiem wiary,
Napierają jak kowadło,
Szczekają jak ogary
O zmianie sposobu bycia,
Porzuceniu sensu życia;
Nakłaniają do poddania,
Gotowości na rządania.

Zakuj mnie w kajdany i odbierz radość życia,
Będę niewolnikiem, przedmiotem do nabycia,
Tułaczką chęci,
Niespełnionym snem o śmierci;
Zgotowali mi tu ludzie, pomogli im święci.

Przede mną Valhalla,
Za sobą pogoń mam,
Wrota są zamknięte,
Bóle ucieczki tak namiętne.
Odkrywam w sobie strach...
Zamieram patrząc w nieba krach,
Jak piękny jest mój świat
Skąpany w ogniu, nie liczę strat,
Odchodzą zmysły i widzę sny -
Na szczycie życia stoimy My,
Patrzymy na basen łez
Wylanych przez mój zgubny sukces.

Zanika światło prowadzące skołatane myśli,
Urywa się krzyk wojen i ptaków śpiew,
Odwracasz głowę, a w zasięgu wzroku Twego wszystko lśni,
Zataczam kręgi w sobie, doganiam zwalaniającą krew.

Walkirio, dlaczego mnie zostawiasz?
Czy jestem tchórzem, oddając Ci się teraz?
Pragnąłem Cię pokochać za drogę Twą,
Lecz zrzucasz mnie na ziemię przeze mnie samego spaloną.

Uniósł się czarny pył,
Wizje z przeszłości odkrył,
Byłem i jestem ślepcem,
Kolejną ucieczkę pomyliłem z sukcesem.

środa, 30 października 2013

Do tych, co zgubili drogę.

Połyskuje kilka złotych kropel w półlitrowej szklance,
Umysł zaskakuje stanem, który nie podlega walce.
Zwycięska ręka wnosi toast za życie,
Za jego cel
I za bezsens,
Za tych, co zgubili drogę.

Po butelce whiskey i papierosów paczce został cichy swąt,
Głowa doświadcza własnego ciężaru, ciemny każdy kąt,
Ciało w pościeli ląduje, a mózg przypomina
O cierpieniach,
O przeżyciach,
Którymi zaraz będzie zwracać.

Na wyżyny wznosisz się,
Myślisz, że coś osiągnąłeś,
Odwracasz się na pięcie,
Stajesz twarzą w twarz z życzeniem,
Które obliczem straszy
Choć po policzkach płyną łzy.
Nie odrzucaj go, jest Twoje,
Dobrze zadbaj o nie.

Brzęk kieliszków wzmaga apetyt na zalanie gardła,
Uhonorowanie walki, którą wielu przegrywa co dnia.
Ostatni kielon za zdrowie wszystkich kobiet,
Za ich wsparcie,
Za ich życie,
Za ich wieczne dobre serce.

Co dzień stawiasz opór słabościom przeznaczonym Tobie
I choć gubisz drogę, nie poddajesz się, godnie idziesz.
Wypijmy za tych wszystkich, którym braknie sił,
By kiedyś mogli razem z nami przy tym stole pić.

Zobacz co za sobą masz,
A na co straciłeś czas,
Odrzuć dumę, weź się w garść,
Jeszcze nie pora by paść,
Nigdy nie czekaj na moment,
Zwlekanie jest chore.
Popadnij w niewolę
Czynienia tego, co mądre.

czwartek, 24 października 2013

Nie tak miało być.

Sięgam do kieszeni, papieros, zapalniczka
I krótka, głucha, ślepa przed myślami ucieczka,
Spoglądam przed siebie, zahipnotyzowany
Uczuciem bezsilności, przechodzę wszystkie stany,
Od uśmiechu, radości, przez żal, ból - do rozpaczy,
A wewnątrz mojej głowy każdy głos cicho majaczy,
Że jestem pionkiem, że los tak mi kostką rzucił
I nie cofnę się o kilka pól, bo zarazem bym porzucił
Tych kilka chwil, które uniosły mnie w powietrze,
Dzięki którym czułem się wolny jak bańka na wietrze
I mimo, że pryskałem, to nadal się odradzałem
Choć za każdym razem coraz niżej wzlatywałem.

Nie tak miało być, nie tak miało być,
Fortuna moja po cienkiej linie kroczy.
Nie tak miało być, nie tak miało być,
Fortuna kołem się toczy.

Uległem, padłem na kolana,
Już proszę, nie mam siły, czy musisz tyle wymagać?
Ocieram się o obecność swą,
Która sama w sobie jest dla mnie karą,
Jak w Jumanji, każdy mój ruch powoduje
Załamanie, anomalię. Niedługo pocałuję
Kwiatki w korzenie jeśli tak to dalej pójdzie,
Reką, noga, mózg na ścianie i nikomu nie ujdzie
Świadomość winy, ichniejsze czyny,
Będą strzelać miny.
Ale mi już nie będzie żal.
Nie będzie mi żal.

Nie tak miało być, nie tak miało być,
Lata doświadczeń idą w ogień.
Nie tak miało być, nie tak miało być,
Po mej wiedzy będzie tylko większy płomień.
Nie tak miało być, nie tak miało być,
Miałem dać wam szczęście mimo, że sam nic nie mam.
Nie tak miało być, nie tak miało być
I sam sobie za dobre uczynki czasem pochlebiam.
Nie tak miało być, nie tak miało być,
Odchodzą myśli, słowa, jak miałem Cię czcić?
Nie tak miało być, nie tak miało być,
Od zmysłów odszedłem, lecz nie zacząłem pić.

czwartek, 17 października 2013

Zawsze żyjąca (nadzieja).

Odrodziła się w płomieniu łez pokrytych skorupą żalu,
Roztrzaskanych na wysuszonej ziemi, po której stąpała po mału.
Runęły wkoło domki z kart, wzniesione na cześć jej słabości.
Odrodziła się w duchu, odrodziła się w ciele i zastygła w tańcu wolności.
Kochała mówić o uśmiechu uzdrawiającym pesymizm,
Lubiła szeptać słowa wiary budujące optymizm,
Pragnęła zamienić cały świat w serce bijące
Silnie jak młode płuca tlenem się żywiące.
Stęskniona za bezpiecznymi nocami
Dającymi pewność siebie w kroczeniu między kłamstwami
Oblegającymi ją jak las, jak księżyc pośród gwiazd;
Chcącymi stłamsić siłę uczuć, zapewnić jej widok zza krat.
Walka o światło budzące oczy do wędrówki przez krainę, choć znaną,
To męczyła jej kruche, lekkie, aczkolwiek zadbane ciało,
Bo ile można stawiać opór spadającym zewsząd kroplom zdrady i obłudy?
Ile niewdzięcznych jest myśli, ile zdań ukrytych w ustach pełnych fałszu i zguby?
Tajemnicą jest, jaki kolor nosił jej rumieniec,
Niewiadomo także czym zasłużyła sobie
Na szal z drutu kolczastego, na bezimienne spojrzenie.
Wiemy tylko, że nigdy nie poznamy jej.

wtorek, 15 października 2013

Delikatność.

Nie powiesz mi w czym problem tkwi,
Dlaczego w życiu tyle krwi,
Przelanych łez
Za życie i za śmierć.
Już tyle razy był ostatni raz,
A ja się czuję jakbym miał w płucach gaz
Wypalający światło duszy,
Płonący, gdy chcę swój żywot ruszyć
I zapobiec kolejnym porażkom,
Przeskoczyć nad każdą zasadzką
Zastawioną przez własne ego.
Pragnę wkońcu dopiąć swego,
Odlecieć ku pięknie gwiazd
Tworzących nocny las,
Zerwać łańcuchy
I móc wejść w cudze buty.

Dlaczego w chwilach jak te
Samotność pogrąża mnie
W żałobie nad swym bytem
Jak ja chcę stanąć na szczycie?
Szukając w sobie skruchy
Widzę tylko okruchy
Człowieczeństwa strzaskanego
Na tafli marzeń Śniącego.

Wchodzę do lustra i moje myśli
Kłamią mnie, że mój sen się ziścił,
Widzę miłość i piękno,
A za nimi brama, Piekło.
Sięgając chmur, marząc o deszczu
Zostałem zrzucony do odmętów
Barwami nienasyconej,
Rzeczywistości chłodnej.
Dlaczego nie ostrzegasz mnie
Przed własnym zadowoleniem,
Przecież kończy się głodem
Każde słowo, które powiem
Mając otwarte swe serce,
Gotowe by wziąć je w ręce.
Lecz wystawione na mrozie
Sprawia, że dłonie łapią za szyję.

Takie proste są dni
Gdy nie musisz ich liczyć
I takie lekkie jest życie
Gdy jest nieskomplikowane.
Lecz mimo braku zakrętów
Ciągnię się w góre do zamętu,
A szarpane uczuć wiatrem
Traci swoją równowagę.

piątek, 4 października 2013

Świat życzeń.

Dzień dobry, jestem sobą,
Jestem osobą, która posługuje się mową,
Czasem poznam jakąś sentencję nową
I powtarzam ją później wkoło na nowo.
Chciałbym umieć zrozumieć siebie,
Przestać patrzeć się stęskniony w gwiazdy na niebie,
Móc otulić życie i powiedzieć glebie,
Żeby pozdrowiła będącą daleko Ciebie.

Oddycham i marzę,
W sercu uczucia smażę,
Trzymam je, gdyż nie mogę
Pozwolić sobie na swobodę.

Dobry wieczór, czas Ci swój poświęcę,
Do ucha szepnę słowa, po czym złapię Cię za ręce,
Znikniemy w tańcu zajmującym wielce
Zmysły nasze, zawirujemy w odmęcie.
Chciałbym słońce schować w kieszeń,
Podarować Ci je zanim znikniesz w lesie
Moich myśli, marzeń, moich wyobrażeń,
Chciałbym zapobiec niektórym ze zdarzeń.

Oddycham i marzę,
W sercu uczucia smażę,
Trzymam je gdyż nie mogę
Pozwolić sobie na swobodę.
Przechodzę w cień złoty,
Odsuwam wszystkie wzloty,
Upadam na kolana
I za Ciebie się modlę do Pana.

Dobranoc, zamykam oczy,
Oddaję się w objęcia chłodnej nocy,
Nie chcę śnić o Tobie, nie mam w sobie mocy
Aby skrócić pieśń skrzydeł płonących.

Podnoszę swą głowę,
W ciszy zabijam mowę,
Którą pieściłem zmysły,
Póki mi w twarz nie prysły.
Oddycham i marzę,
W sercu uczucia smażę,
Trzymam je gdyż nie mogę
Oddychać żadnym sercowym słowem.

sobota, 21 września 2013

Taka piękna.

Nie odmawiała mi, gdy ustami jej dotykałem,
Pragnęła mnie jak miłość, której nie miałem,
Zakopany w sobie byłem, nisko upadłem,
Świat milszy był gdy do niej się zwróciłem.
Nie odmawiała mi towarzystwa, lecz kłamała mnie
Słowami pocieszającymi, wizjami w radośnie
Płynące chwile wszędzie do okoła
I zatopione smutki. Bliskość nie była goła,
Pełne chęci i tęsknoty były jej kontury,
Taka piękna, z nią mogłem rozbić mury,
Uciec od lęków, od strachu, obudzić się na nowo
W świecie lepszym, w którym prawdą było każde słowo.
Czułem ją w sobie, uderzała mi do głowy,
Butelka wódki, gorzki nektar odnowy,
Lecz chwilowej, nieświadomie niszczącej życie.
Teraz jest pusta i już nie kłamie mnie skrycie.

niedziela, 8 września 2013

Ucieczki.

Jesteśmy więksi, lepsi i mądrzejsi,
Zawsze silniejsi
Po włożeniu serca
W wysiłek, to nie słowa mędrca,
Nie jestem Twym Panem,
Nie jestem drogwskazem,
Oddaję swe życie muzyce,
Bo muzyka dała mi to życie.
Codzienna walka z codziennością,
Z rodzinną atmosferą i z w tłumie samotnością,
Odpędzam duchy złe
I chodzę tam, gdzie chcę,
Buntuję się, by wynieść konsekwencje,
By poznać lekcję,
Jak dziecko ostrzeżone przed palącym ogniem,
Ono włoży rękę w ogień i dopiero wtedy się dowie
O popełnionym błędzie,
Wyciągnie konsekwencje.
Nabierze doświadczenia
Poprzez wieloletnie skaleczenia,
Odnajdzie drogę, którą podążać chce,
Znajdzie cel i się zaprze.

Walczę o przetrwanie,
Walczę o przekonanie
O celach we własnych czynach,
Walczę by nie żyć w kajdanach,
By nie ulegać pokusom,
By nie ulegać uczuciom,
Być silnym.
Być silnym.

Ciągłe doskonalenie,
Unikanie znaku "cierpienie",
Sposoby mam swoje,
Choć czasem ukrywam je,
Wyrażam się słowami ubranymi we własne myśli,
Lecz nie jesteśmy z tego powodu czyści,
Każdy ma prawo się mylić,
Nie powinien nikogo wynić,
Póki nie uważa się za Alfę
I Omegę.
Pokaż mu wtedy na jakim kruchym jest gruncie,
Może wyciągnie z tego na przyszłość lekcję,
Nie ograniczaj nikogo, a w szczególności siebie,
Bądź promieniem wiosny i bądź słońca ciepłem,
Bo każdy zasługuje na słowo "dziękuję".
Jeśli Cię ono ominie, ta osoba nie widzi nic w Tobie.

Być silnym,
Być szybszym,
Silniejszym
I lepszym,
Być człowiekiem honoru,
W porażce nie ma wstydu,
Gorsze od niepowodzenia
Są ucieczki od prób walczenia
Z własną słabością,
Z własną dumą.

Słowa.

Słowo za słowem, za słowem słowo,
Biją się ze sobą w myślach choć nie mogą,
Wyrywane w ustach, nie do końca znane,
Słowa, których znaczenia nie zostaną poznane,
Te pierwsze, te ostatnie,
Każde, które nie padnie
Finalnie,
Którego brak nie skończy się fatalnie,
Zdalnie kontrolowane w głowie
Przez Twoją osobę,
Na szczęście nie prowadzi mnie to w żałobe,
Nie skończe pod grobem.
Zamilczę czasem gdy odezwiesz się słowem,
Odejmiesz moją mowę i nic na to nie powiem.

Czy chcę Ci opowiedzieć historie ze swego życia,
Czy pożalić się, poradzić, by nie wpaść w nałóg picia,
Czy posłuchać o czymkolwiek powiesz,
Zawsze, wszędzie jesteś moim dobrym słowem, wiesz?
Nienawidziłem Cię za słowa raniące jak ostrze,
Unikałem spojrzenia, w którym widzę się jak w lustrze,
Błyszczące, głębokie, ale nie nierealne,
Choć czasem takie słowo może, przyznam, palnę.

Nie dziękuję, że jesteś, bo nie jesteś dla mnie,
Jesteś jak każdy inny i czasem coś kończysz marnie,
Mimo starań, mimo swego poświęcenia,
Oddania się pewnej sprawie porzucając wszelkie pragnienia,
Ale jesteś, tak silna, cieszyć się potrafisz,
Gdy trzeba to tak piękna, gdy trzeba to i zranisz,
Wzrokiem swoim omamisz drogę komu innemu
Jeśli tylko tego zechcesz. To dzięki niemu,
Temu, który wierzył we wszystkie Twe marzenia,
Który przygotowywał Cię do możliwego cierpienia
I tylko On kochał Cię tak szczerze,
Jak nigdy nikt nie będzie. To słowo, w które wierzę.

Wszyscy są dobrzy i wszyscy są źli,
Nie ma tu gorszych, jesteśmy tylko my,
Zbłąkane dusze ludzkich opowieści,
Słów, które przynosiły dobre i złe wieści.
Wszyscy są dobrzy i wszyscy są źli,
Nie ma tu gorszych, jesteśmy tylko my,
Solenizanci, składający życzenia
"Trzymaj się" i "do zobaczenia".

piątek, 6 września 2013

Definicja samotności.

Odleciał. Zostawił rzeczywistość, stoczył się w otchłań nieskończonej ciemności.
Odszedł w świat, którego nie znał, choć go wykreował w pełnej szczegółowości.
Nie zwlekał z pożegnaniami. Nie miał kogo żegnać, cisza posłużyła jako płasz ochronny
Przed deszczem słów odradzających. Od ludzi, których krajobraz uczuć był pustynny.
Stąpnął jedną nogą, twardo złożył stopę na nowym, niepewnym gruncie.
Nic się nie zmieniło.
Podjął się drugiego kroku, stanął trzeźwo na ziemi i zastygł w tym punkcie.
Czy nic się nie zmieniło?
Już go nie widziano i już go nie słyszano, zapomniano o nim, był jak uśmiech w żałobie,
Nieobecny, nieprzytomny, skryty za krańcem bólu. Wściekłe łzy kryły się w sobie.
A on jak stanął, tak nigdy się nie poruszył. Sparaliżowany, był więźniem umysłu.
Czasem ktoś drasnął ramieniem o granicę światów, wtedy odchodził od zmysłów,
Pragnął powitać, poczęstować, oprowadzić, opowiedzieć...
Cała ta eksplozja emocji, ten wulkan uczuć ginęły przez niewiedzę.
Niewiedzę kogokolwiek o czymś poza rzeczywistością, w której żyją.
Niewiedzę na temat możliwości stworzenia bańki chroniącej przed tym, czym gniją.
Ale czy to ważne? Są z innymi. Są w społeczeństwie, nikogo nie obchodzi to, że zepsutym.
Jego tam nie ma. Pomylił się, wszyscy inni potrafią żyć w tym odchodzie odrażającym.
Umarł w świadomości ludzi, których znał.
Pochował swoje życie, którego zresztą nie kochał.
Ogląda wszystko z boku, jest wiecznym widzem teatru
Odgrywającego milczący spektakl za kurtyną z czarnego diamentu.

piątek, 30 sierpnia 2013

Słońce, kochanek Ziemi.

Niegdyś częścią Ziemi, po wielkim zderzeniu
Z prochu powstał Księżyc, zaradził cierpieniu
Samotnej, błękitnej teraz, naszej Ziemi,
Za sobą cudowne miliony wspólnych lat mieli.

Jednak Księżyc zimny, znany wciąż w połowie,
Nie chciał się odwracać, zasłaniał się mrokiem.
Ziemia ciągle grzana przyjacielem Słońce
W nim się zakochała, ukrywała rumieńce.

Mimo, że z daleka, to ciepła dawał wiele,
Dzień spędzał z nią cały, nocą miał wspomnienie,
Wieczorami wprawiał ją całą w wilgotność,
W jądrze zostawiając palącą samotność.

Księżyc raz za razem podejrzewał kłamstwa,
Nieraz się przyglądał zachowaniom Słońca,
Czasem go zasłaniał lśniąc niesamowicie,
Lecz na krótką chwilę. Nie mógł być na szczycie.

W dwóch się zakochała, dwie miłości miała,
Zdarzało się, że na Księżyc uwagi nie zwracała.
Powoli o jego wpływie na nią zapominała,
Jednakże odległości do żadnego nie zmieniała.

Przez całe lata oglądamy ten taniec
I żadne z trojga nie wykazuje chęci na koniec.
I tylko my, pasożyty na naszej Matce Ziemi
Wiemy, że ten kochanek na jej jednej nie kończy.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Modlitwa grzesznika.

Na zbłądzonej drodze klęczę i wyzywam
Anioły i demony za powietrze, którym oddycham,
Opuszczam głowę, w której wirują słowa
Nie oddające przekleństw, pod którymi się chowam,
Łańcuch przerwany, dziedzictwo zachwiane,
Ogniwa rozerwane, myśli popękane,
Stłuczone na miliony istnień moje oczy,
Darzyłem je zaufaniem. Nie widzę nocy.
Dłonie me zbłądziły szukając ciepła własnych łez,
Które wyryły w mej twarzy do świata lęk,
Wyżłobione koryta słonych strumieni
Sparzyły skórę gładką, pozbawiły mnie korzeni.
Popadłem w zamęt, ogarnęła mnie trwoga,
Krzyczałem w niebo głosy, obrażałem Boga,
"Jak mogłeś tak postąpić, jak mogłeś mnie zostawić,
Twego lichego miłosierdzia nie da się przetrawić!".
Na tej drodze obnażyłem ramiona,
Spadła na mą czuprynę cierniowa korona,
Zostałem naznaczony, zabiłem brata
Będącego moim odbiciem - zabiłem kata.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Ślepa uliczka.

Anulowany proces myślenia,
Pali się ziemia
I powietrze gorące
Wypełnia me płuca schnące,
Oddycham popiołem,
Który został po Tobie.
Odrzucam egoizmy
I odsłaniam swe blizny,
Nie wstydzę się pokory,
Nie będę od tego chory.
Zaznaczam na ciele
Pamięć po Aniele,
Który uczucia zdradził,
Choć sam się nimi prowadził.

Wszystkie wspomnienia związane są z uczuciami.
Radość i strach, miłości ból, nienawiści zew.
Obracam klepsydrę, skończył się Twój czas,
Na nowo w kierunku mety biegnę.

Czysta, wolna przestrzeń jest moim marzeniem,
Przemierzam Piekło, Niebo za jej znalezieniem,
Dotrę do końca tej przeklętej ścieżki
Tylko po to by przekonać się jaki jestem lekki,
Gdyż w Niebie szukając pokoju zostawiłem miecz,
Piekło chcąc minąć szybko zrzuciłem zbroję,
Zostawiłem symbol zadawania bólu,
Zostawiłem ochronę przed środkami bólu.
Lecz wracam się,
I nie oglądam się,
Podróż ma jeszcze nie skończona,
Wracam do swego grona
Złożonego
Z indywidualności,
W pełni niezależnego
Grona ciemności.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Niewysłane listy.

O bólu wojny, o żarze słońca,
O tym, jak wiele czasu jest do końca,
Tu wybuch bomby, tam pocisków świst,
Codzienna walka aby do domu wrócić.
"Och matko moja, zawiodłem siebie,
Oddałem życie w służbie w głupiej potrzebie,
Tęsknię za Tobą, tęsknię za domem,
Obiecuję, nie zginę w tym padole."

Wszystko jest inne gdy idziesz sam
Przez pola pokryte niewinnością ciał,
Wszystko się łamie, w proch się obraca,
Gdy widzisz jak kula w Twą stronę wraca.

O dobrych wiatrach, sztormie na morzu,
Niezapomnianych towarzyszach boju,
Piorunów błysk i grzmotów trzask
Są niczym w porównaniu do śmiertelnych fal.
"Och żono droga, teraz żałuję,
Wyruszyłem tak bardzo świeżo po ślubie,
Pochowałem braci, którzy jak ja
Pozostawili w tyle cały swój świat".

Wszystko jest inne gdy idziesz sam
Przez pusty statek, rozerwany w krótki czas,
Tak wielu druhów jeszcze noc wstecz
Bawiło się, zostało tylko wspomnienie.

Jak pszczoła za kwiatem,
Jak żeglarz za morzem,
Jak rycerz za bojem,
Jak żołnierz za domem,
Jak pustynia za deszczem,
Jak matka za dzieckiem,
Jak Anioł za Niebem...
Tęsknię.

niedziela, 4 sierpnia 2013

Załoga bezimiennych.

To my, to my, ostatnia deska ratunku,
Zwracają się do nas gdy u innych nie ma pomyślunku,
Jesteśmy na szarym końcu, jesteśmy ostatni,
Pierwsi nigdy nie będziemy, my jesteśmyy ostatki.

Lekceważyć, kpić, pomiatać, besztać nas dowoli
Potrafią już wszyscy wkoło, jesteśmy w niedoli,
Gdy zawodzą wszyscy inni, jesteśmy wspaniali,
Najlepsi i wychwalani, a po chwili olewani.

Przyjaciół mieliśmy wielu, każdy nas zostawił,
Bo jesteśmy jedynymi, tak bardzo oryginalnymi,
Boją się z nami przebywać więcej niż potrzeba,
Wszyscy żeśmy się przyzwyczaili, nikt już nie nalega.

Strach zagląda w oczy ludziom, którzy nas poznali,
Strach przed odwdzięczeniem pomocy, którą otrzymali,
O błahostki nie prosimy, nie jesteśmy jak ci wszyscy,
Przez to zostajemy sami, odeszli już wszelcy bliscy.

To my, to my, załoga bezimiennych,
Samowystarczalna, pełna cech i uczuć cennych,
Lecz znieważana, odrzucana przez swoją lojalność,
Strach przed powiązanem z osobą, której opis to "inność".

piątek, 19 lipca 2013

Kropla deszczu.

Ładnie dziś wyglądasz,
Ślicznie Ci w tych włosach,
Ładnie dziś i zawsze,
Uśmiechnij się jeszcze.
Twe głębokie oczy
Śnią mi się po nocy,
Skóry delikatność
Budzi we mnie radość.
Tęsknię czule, szczerze
I naprawdę wierzę,
Że Ty za mną wcale.
Lecz nic mi się nie stanie.

czwartek, 18 lipca 2013

W cieniu słońca.

Płynąłem z Tobą na świata skraj,
To był mój raj,
Rzeką wzburzoną, ze spokojnym tchem
Trzymałem Cię.

Czy naprawdę wypaść musiałaś z moich objęć?
Czy konające serce da mi zapomnieć?

Odeszłaś dziecko, odeszłaś prędko,
Zostałem sam.
Dom opuściłem, na ogień patrzyłem
W cieniu słońca, którym mnie obdarowałaś.

Oddycham płytko, czuję, że blisko
Jest znalezisko
Zawierające moje wspomnienia,
Źródło cierpienia.

Czy pogrzebać miłość pielegnowaną tyle lat?
Czy nadchodzi koniec, gdzie z Twych włosów kwiat?

Odeszłaś dziecko, odeszłaś prędko,
Zostałem sam.
Oddałem Ciebie temu co w Niebie
W cienu słońca odkrywa Twój dar.

Stracona rodzina, stracona nadzieja.
Gdzie się podziała moja obsesja
Na temat matki, na temat dziecka?
Wyrzuciłem z myśli nasze szczęścia.

Odeszłaś dziecko, odeszłaś prędko,
Zostałem sam.
Dołączysz do matki, poznasz jej gadki,
Poznasz uczucia.
Odchodzę dziecko, odchodzę wolno,
Straciłem was.
Stoję i moknę nad Twoim grobem.
W cieniu martwego słońca.

wtorek, 9 lipca 2013

Duże dzieci.

Ile razy to słyszałeś, byś zachowywał się dorośle,
By dumni z Ciebie byli ludzie, którzy wychowali Cię,
Lecz nie rozumiesz tego,
Pragniesz wciąż czegoś nowego,
Życie garściami brać i dawać z siebie ile się da,
Obojętnym być na otoczenie, nie wiedzieć co to moda
I urealniać pozornie zwyczajne pomysły,
Których powstydziłyby się wielu dorosłych zmysły.
Pamiętasz o dziecku, które bawiło się świetnie
Na placu zabaw, na huśtawce cieszyło się niezmiernie,
Odszedł czas wygody, spokoju i pogody,
Kiedyś się dojrzewa, inaczej patrzy na gody.

Aby nie zmieniło się nic, byśmy chcieli
I aby nie było smutku, łez, byśmy chcieli,
Ale kto nam pozwoli wodą być, czuć się lekko
Podczas gdy świat zżerany jest i nasza kolej prędko.

Co czujesz, gdy się zabierasz do roboty co rano,
Ile kilometrów robisz, aby znów czynić to samo?
Życie w rutynę popada,
Bez zabawy czeka nas zagłada.
Na chleb, na rachunki, na prezenty i zabawki
Dla naszych pociech zarabiamy, pieniądz tu kładzie stawki,
Poświęcenie dla rodziny, poświęcenie swojej woli,
Do krawędzi podchodzenie w nadzieji, że wybudują mosty.
Nie tak to wyglądało, gdy za szkraba się biegało,
Pogoń była za piłką, nie za życiem się leciało.

Aby nie zmieniło się nic, byśmy chcieli
I aby nie było smutku, łez, byśmy chcieli,
Ale kto nam pozwoli wodą być, czuć się lekko
Podczas gdy świat zżerany jest i nasza kolej prędko.

Kto winę ponosi za zanieczyszczenie nas?
Czyim problemem był krystalicznej wody blask?
Jak się zdobyć na miłość w czasie kapitalistycznej ekspansji
Na pokolenia pragnące dążyć do swych pasji?
Gdzie się podziała dziecięca chęć dorosłości?
Dlaczego dzieci coraz częściej mają zaległości
W nauce, odżywianiu, w zabawie? Czy są zmuszone
Dojrzewać szybciej nawet niż to nam było kiedyś mówione?

poniedziałek, 8 lipca 2013

Super bohater rycerz nad rycerze.

Tam, tara-ram tam-dam, tam-tam!

Poszedł na łowy rycerz w dal,
Rycerz, co mieszkał, oj gdzieś tam,
Polował na bestie, sherlockiem był
W tych sprawach, oj tak, był.

Rycerz zabijał dziewice,
Gwałcił smoki, palił jednorożce,
Niszczył wszystko co stawało na drodze
Poza żabkami. Bo żabki są kochane.

Rękę, nogę i pół królestwa
Da władca śmiałkowi, który zgarnie porywacza,
Zniknęła bowiem córka króla,
Mimo, że brodata, przynajmniej niegarbata.

I nikt już nic nie wie co się dalej stało,
Plotki o tym, że leżało gdzieś rycerza ciało
Krążyły, o braku ubrania, o lichym śmierdzeniu
Truchła wilkom rzuconego, o księżniczki zgwałceniu.

niedziela, 7 lipca 2013

Pingwin.

Eleganckim krokiem
W tę i spowrotem
Kroczył pingwin mały
W garnitur ubrany.
Krążył tak bez celu
Po lodowcach wielu
Póki nie skoczyła
Orka, co go zmiażdżyła.
:)

Zbudowałem Tobą dom.

Brak mi słów na opisanie klatki, w której się znajduję,
Sam z ciemnością w mojej głowie,
Pozostawiony samemu sobie.
Brak mi tchu, by ze spokojem zasnąć na pryczy,
Więzienie zbudowane z kart,
Nawiedzasz moje oczy,
Nawiedzasz bezsenny świat.
Odchodzę aby sięgnąć wody łyk,
W nastroju budzącym ciała ryk,
Zamykam usta krzycząc
Do wyimaginowanych uczuć, rozumem śpiąc.
Fundamentem świadomości wolności
Były słowa, którymi karmiłem się jak optymista w radości.
Cegła po cegle wiązałem marzenia,
Postawiłem nam dom, jako więzień w nim mieszkam.
Co zrobić, by zburzyć choćby ścianę,
By wydostać się na trawę
I zobaczyć niebo całe?
Jak zostać zauważonym w pustce,
Świecie pomiędzy tym co się dzieje,
A krainą wyobrażeń?
Katuję się głuchą mową,
Uderzam pięścią w nieme słowo,
Wiatr w próżni kręci moją głową,
Rozmawiam w milczeniu z sową,
Próbuję odkryć siebie na nowo,
Nie żyć w więzieniu nałogowo.
Wyjść z tej klatki, to i opuścić Ciebie,
Porzucić bicie serca, porzucić siebie.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Pełnosprawny.

Odchodzisz sam w kierunku domu bram,
Odchodzisz czując to, co czują mówiąc.
Nie obchodzi nikogo
Miasto patrzące złowrogo.

Pretensje do dziecka o to, że wychowane jest inaczej niż się chce...
A kto Ci kurwa kazał tak wychowywać mnie?
Ja byłem winny, ja byłem wrogiem,
Tylko moim błędem było zachowanie nieodpowiednie.
Zasiano we mnie kolczastą różę,
Przez lata rośnie się razem ze mną, pnie się ku górze,
Rozdziera i kłuje mnie na widok Twojej parchatej twarzy,
Krew buzuje w moich ranach, nie wiesz kurwa jak to parzy,
Dorastam w ciągłym strachu życia, niepewności bez pokrycia,
Kiedyś byłem już tak blisko aby pozbyć się Ciebie bez bicia!
Niechętnie siedzę zmuszony do trwania,
Upodlony przez Ciebie, oderwany od działania.

Odejdziesz tam w kierunku życia bram,
Odejdziesz czując to, co oni mówiąc.
Nie obchodzi nikogo
Słońce zachodzące złowrogo.

Pytasz czy jestem zajęty, ok, ale czy mocno, czy lekko?
Jak można kurwa pytać o takie śmieszne gówno?
Zajęcie, tyle, nie rozumiesz prostego "tak"?
Już kiedyś mieli Cię dość, zapomniałeś jak dano Ci znak.
Złość, złość o to, że tu jestem
I próbuję coś zrobić by oderwać się nareszcie,
Złość wszechogarniająca, do mózgu wołająca:
"Chodź weź mnie, napij się, jestem obiecująca"!
Jedyne co zawdzięczam całemu Tobie
To wstręt przed staniem się równemu Twej osobie,
Odór osobowości, którą wstyd naśladować,
Za to jedyne mogę Ci podziękować.
Gnijąca więź,
Psychiczna rzeź,
Jednym słowem:
-Nienawidzę-.

Przemokły wszelkie uczucia,
Rozlewają się z bólu me płuca,
Odchodzę tam, gdzie zakaz Tobie, tam
Nie usłyszę Cię tam, choćbym był jeden sam,
Będzie trzeba - ogniem
Pozbędę się myśli Twej,
Będzie trzeba - ostrzem
Przerwę i wyrwę wspomnienie,
Nie wrócę do Ciebie,
Odejdę tam gdzie nie
Będę żył może spokojnie,
Ważne, że nie będzie Cię.

piątek, 28 czerwca 2013

Martwa potęga.

Nigdy nie uciekaj przed pierwowzorem, który tworzysz sam,
Nie odkładaj na później słów,
Bo kiedy nadejdzie chwila, w której skończy się Twój czas
Pozostaniesz z pustką w sercu.

Poznaj świat udręk, bolączek, gorzkich ran,
Witam Cię w królestwie piękna okrywającego chłam,
Stos palących się, gnijących ludzkich szans
Na przeżycie swojej miłości kolejny raz.
Rzucasz rękawicę wrogu, którym sobie jesteś sam,
Stajesz do boju i mierzysz człowieka, którego nie znasz,
Walczysz z sercem i rozumem,
Walczysz sercem i rozumem,
Cięte spojrzenia w rozbitym przez ciszę lustrze
Rozrywają Twe usta, tną Twoją duszę.
Pękają wypełnione dymem papierosów płuca,
Niszczysz swe mienie, dosięga Cię ulica,
Pogrążasz się w samowolnej utracie świadomości,
Stajesz się workiem na uczucia. Nie masz litości,
Oddajesz siebie powolnemu konaniu
I czekasz aż wyrok Twój ulegnie dokonaniu.

Delikatnie dotykasz ją,
Ona łapie Cię za dłoń,
Patrzysz jej w oczy i widzisz siebie zamieniającego się w proch.
Rozsypuje Cię wiatr,
Rozprzestrzeniasz się na świat,
Odchodzą słowa niewypowiedziane, kończy się Twój dar.

Ulegasz pokusie, poddajesz się instynktom,
Jeszcze nigdy nie zawdzięczałeś tyle swoim zmysłom,
Uciekasz przed strachem drzemiącym w Twoich rękach,
W ogień zamieniasz wszystko co się wkoło rozpościera,
Płoną nadzieje, marzenia i sny,
Zastanawiasz się dlaczego Ty! Dlaczego właśnie Ty?!
Obwiniasz Boga, którego porzuciłeś,
A potem ze szczególnym okrucieństwem w sobie zabiłeś!
Udowodniłeś swoją martwą potęgę,
Nic tym nie osiągnąłeś, zatoczysz się w udrękę.
Błędne koło pogoni za uczuciami
I otulenie się depresją są Twoimi celami.
To koniec, czas się pogodzić,
Z uczuciami przeprosić,
Nie odchodź w nieznany świat, bo Ciebie brak
Może być gorszy niż przed bramami Piekła znak.

Delikatnie dotykasz ją,
Ona łapie Cię za dłoń,
Patrzysz jej w oczy i widzisz siebie zamieniającego się w proch.
Rozsypuje Cię wiatr,
Rozprzestrzeniasz się na świat,
Odchodzą słowa niewypowiedziane, kończy się Twój dar.

wtorek, 25 czerwca 2013

Kapcie.

Drą się całą drogę, nikt wytrzymać już nie może,
Wszystkie oczy w jednym punkcie, ludzie myślą "niech już pójdzie",
Kończą się krótkie żywoty tych dwóch istnień, co bez cnoty,
Nim przestraszą jakąś babcię lepiej zdejmę już te kapcie.

Szalone kapcie - plus 10 do zręczności,
Podarte kapcie - minus 100 do szybkości.

Od zeszłego wtorku minął rok od kąd leżały w worku,
Z ziemniakami się przyjaźniły, wspólne plemię stworzyły,
Nieznanych pierwiastków doświadczyłem gdy je założyłem,
Teraz dumnie kroczę w kapciach władzy i w skarpetkach w sadzy.

Kapcie wodza - plus 10 do mądrości,
Kapcie z worka - minus 100 do miłości.

Wyprałem je w tosterze, wrzuciłem między talerze,
Matka wrzeszczy o odorze gorszym niż gówno i zboże,
Zabrałem kapcie do siebie, a tam spotkałem Ciebie,
W mgnieniu oka znikłaś z kadru, nie było za Tobą wiatru.

Smród z kapci - plus 10 do zastraszania,
Gnój z kapci - minus 1000 do lansowania.

Śmietnik je wypluwał, gdy ja żem tylko je wrzucał,
Inwalidzi uciekali i bezdomni się chowali,
Policja mnie zamknąć chciała, lecz w areszcie pozdychała,
Teraz sam jestem na świecie, siedzę w kapciach na klozecie.

Kapcie grozy - broń chemiczno-biologiczna,
Kapcie strachu - ludność jest już nieliczna.

sobota, 22 czerwca 2013

Matka głupich.

Dajesz siłę, dajesz wiarę
I nigdy się przez nikogo nie poddajesz,
Żyjesz skrycie gdzieś na szczycie
Spoglądając, czy ratujesz komuś życie.

Bedąc małym, ciemnej nocy
Strach zaglądał w każde oczy:
Gdy wyjść w nocy trzeba było,
Pod łóżkiem coś się ruszyło,
W każdym kącie czyhał cień,
Dziecko czekało na dzień
Trzęsąc portkami, lecz z siłą
Że rano wstanie z dobrą miną.
Co zrobić mogliśmy, czoła stawiliśmy,
Choć tacy mali, to ze słabościami walczyliśmy.

Dajesz siłę, dajesz wiarę
I nigdy się przez nikogo nie poddajesz,
Żyjesz skrycie gdzieś na szczycie
Spoglądając, czy ratujesz komuś życie.

Gdy ulicami chodzimy,
To nic o tym nie myślimy,
Ale wciąż czuwasz nad nami,
Nie dajesz nam odczuć żeśmy sami.
Dzięki Tobie uważamy, że nic się nie stanie,
Dzięki Tobie tu jesteśmy radząc sobie w każdym stanie.
Za rękę nie trzymasz, przed siebie nie pchasz,
A jednak do przodu wciąż nas ganiasz,
Jesteś sensem życia wielu,
Bez Ciebie nie mają celu,
W Tobie wszystko pokładają.
- Głupimi ich nazywają!

Dajesz siłę, dajesz wiarę
I nigdy się przez nikogo nie poddajesz,
Żyjesz skrycie gdzieś na szczycie
Spoglądając, czy ratujesz komuś życie.
Dajesz siebie, Ciebie wielbię,
Choć zarówno dzięki i przez Ciebie cierpię,
Ale żyję, walczę ze światem,
Który obserwujesz jakbyś była katem.

Matko głupich,
Proszę Ciebie,
Nie opuszczaj nas w potrzebie.
Matko głupich,
Proszę Ciebie,
Prowadz mnie, aż będę w Niebie.

wtorek, 18 czerwca 2013

Bestia.

Szkarłatne ściany i oplute lustra
Pamiętają dzień, w którym rozcinałem Ci usta.
Szczerym uśmiechem od ucha do ucha
Obdarzyłem Twe lica, od bólu byłaś głucha.
Soczystą zielenią pokryte podwórko
Zmieniło się w rumowisko, na którym żadne piórko
Nie zostawało białe, czarne, szare, czy sine.
Pogorzelisko śmierci - wątpliwie tylko w zimę.

Ostatniej nocy płacz był, dziecko zasnąć nie mogło,
Krzyczało i się rwało widząc na ścianie godło
Sączące się czerwienią, ponuro gęstą mazią,
Oddychające piekłem czekającym za ścianą.

Twój ryk tłumił me serce, otaczał mnie niewolą,
Posłuszny byłem Bogu, a Bóg ten był niemową.
"To moja pleśniejąca i zgrzytająca dusza
Do służby w imię Twego cierpienia mnie zmusza."

Poszarpane włosy i wciąż bijący mięsień
Zaplątały się w sobie sprawiając, że ten mięsięń to więzień
I nawet białe kruki krążące nad posesją
Czyhały, aż przestaniesz być dla mnie bestią.

Tej nocy skończyły się wszelkie, kwaśne kłamstwa.
Krukom Cię rzuciłem, nie chowały łakomstwa.
Odszedłem zostawiając za sobą przeszły dwór,
Może za kilka lat oczyści go Aniołów chór.

niedziela, 16 czerwca 2013

Ostatnia noc środka.

Okryta płaszczem codzienności
Noc bawiąca się ze światłem,
W oku błyszczy część radości,
Spojrzenie goni powiekę,
Poprzez usta łaska z żalem,
Krępujące słowa ciszy.

Lgnie do ciała,
Zimna skała
Z niej, z goryczy co przelana
Z użyciem naczynia w bieli
Niewidzianego w tej celi.

Ujdzie w łaknienie ciepłoty,
Przepłynie z prądem tęsknoty
Aby skazić nierzetelnie
Słowa dobierane celnie.
Wiatrem rozkołysze oczy
I łzami posoli wargi
Pani Przeszłość wracająca
Z urlopu, przekonująca.

Suchymi liśćmi się mieni
W beczce winem wypełnionej.
Przesiąknięta chustka płomieni.
To zabawa w zaufanie.
Gdy odnajdzie myśli czyjeś,
Złóż życzenie w zapomnienie.

piątek, 17 maja 2013

Dzienniki samobójców.

Skończył się karnawał i Rio umarło,
Cichy grzmot sprawił, że niebo się rozdarło.
Lunęło na świat ludzi boskie niespełnienie
I skłonny był do samobójstwa każdy, kto choć raz czuł się źle.

Wielu się wzmagało, walczyło jak z nałogiem,
Dzień za dniem, jakby skrybi, pisali o swym zgonie,
Niechybne były losy, lecz walczyli... do śmierci.
Lufa, gardło, spust, huk. Już w myślach ich nie wierci.

Był jeden, który chodził bez ręki.
Jednemu pustelnikowi,
Który przeżył w wydmach wiatru,
Pomógł odpędzić łotrów.
Zmiłowano się nad nim
Po latach, nagle, jak gwizd
Przeminął strach przed życiem
Z chorobą i zepsuciem.

Postanowił on zebrać
Dzienniki samobójców,
Których dawno nie było już.
Postanowił je spisać.

Nie było już martwego
U żadnego żywego,
Nie było mnie na łożu z pokrzyw konającego,
Zginęły wszelkie ślady po klątwie danej przez Boga,
Zabrał zapiski i notatki, została tylko noga..

O złotowłosych snach
I nagich kolanach,
Robalach na śniadanie,
Śmierci na zawołanie,
O gorzkim smaku krwi
Dzika co się zabił,
Zahaczając o drzewo,
Które rosło trochę w lewo!

Oh żony i mężowie,
Niechaj wam będzie zdrowie
I radość całe życie,
Ograniczone picie,
Bo przyjdzie na was czas,
Wtedy już nie będzie nas,
Zdani na siebie zginiecie
Pogrzebani w dół jak śmiecie.
Zbliży się klątwa od Boga,
Potop, plaga, inna wroga
Sytuacja nieszczęśliwa,
W której zabraknie wam wina
I ucieczki już nie będzie,
A w żołądkach będzie wzdęcie.
Wy ze strachu się zesracie
W swoje cienkie, brudne gacie!

Płoną w ogniu z martwych zbójców
Dzienniki samobójców.
Nikt już nigdy ich nie widział,
O legendach tylko słyszał...

czwartek, 25 kwietnia 2013

Za jednym zamachem.

Podniosę miecz, ku górze go wzniosę,
Zabłyśnie on ciepłem słońca na wiosnę,
Rozświetli gorycz, którą w sercu noszę.

Usta mam pełne słów wszelakich,
Ale wypowiedzieć nie mogę żadnych,
Cudzy się czuję, gdy stąpam wśród martwych.

Niszczę w milczeniu i obojętności
Kolejne fale opiekuńczości,
Nie ma już we mnie żadnej czułości.

Hordy wybite, nad głową krążą sępy,
Miecz ściął głów milion, a jakby nietknięty,
Ani jednej ryski, ani cala tępy.

Ostatnie uczucia miażdżę i siekam,
Zabiłem Ciebie i siebie, a teraz
Pozostał po mnie tylko cień miecza.

środa, 24 kwietnia 2013

Kropla chcąca wzbudzić morze.

Obserwuje, czuwa skrycie
W lustrze widzisz to odbicie
Czas nagina strach wspomnienia
Dosyć masz w nocy jęczenia
Tęsknota w ciele buzuje
Od nowa codziennie czujesz
Ogląda lecz nie kieruje
Nie dotyka i nie wieje
Rady żadne pocieszenia
Padasz w otchłań zatracenia
Pokazujesz pazur złoty
Święta jak żołnierz z Golgoty
Samowystarczalnym drzewem
Stało się ziarno co z niebem
Zadrzeć chciało w nim się schować
Do końca życia unikać
Zła wszelkiego w otoczeniu
Które nie o czystym mieniu
Lecz bogate w złoża serca
A i tak wciąż się zakręca
I ucieka przed zamachem
Przed słabością swą i strachem
Zamknięta we własnej dumie
Drogi nie zna w swoim tłumie
Obarczonego przekleństwem
Pewności siebie lekarstwem

Widzi słyszy ale milczy
Palcem po chmurach rysuje
By nie zabłądziła w dziczy
W której jego brak kiełkuje.

poniedziałek, 18 marca 2013

Syn hydraulika.

Dawno, dawno temu w pewnej wiosce zwanej Dziury
Żył syn hydraulika, co przepychał wszystkie rury,
W sprzęt zainwestował i dobrze się reklamował,
O czym wiedział ojciec jego, który tak syna wychował.

Hej sąsiadko,
Hej wariatko,
Czy nie trzeba pomóc Ci z przeczyszczeniem kanałów?
Wiedz, że mam cojones,
Wchodzę jak nożem w majonez,
Kluczem stukam, kluczem pukam,
Zlewik Twój chętnie oblukam.

"Syn Mariana" przezywany, w czerwoną czapkę ubrany,
Przepychaczką działał chyżo, bo dobrze był wychowany,
Gdzie kapało, gdzie pływało, gdziekolwiek by mokro było,
Zawsze był przygotowany aby moment spędzić miło.

Hej sąsiadko,
Hej wariatko,
Czy nie trzeba pomóc Ci z przeczyszczeniem kanałów?
Wiedz, że mam cojones,
Wchodzę jak nożem w majonez,
Kluczem stukam, kluczem pukam,
Zlewik Twój chętnie oblukam.

Powiedz gdzie masz wodę,
Powiedz, a powiodę
Cię do rozwiązania,
Postąpię bez uwikłania
Twej osoby w przykre sprawy,
Jam hydraulik jakże żwawy,
Zadzwoń, przyjdę, zniknie plama,
Będziesz wdzięczna jak ta lala.

Hej sąsiadko,
Hej wariatko,
Czy nie trzeba pomóc Ci z przeczyszczeniem kanałów?
Wiedz, że mam cojones,
Wchodzę jak nożem w majonez,
Kluczem stukam, kluczem pukam,
Zlewik Twój chętnie oblukam.

Hej sąsiadko,
Hej wariatko,
Czy nie trzeba pomóc Ci z przeczyszczeniem kanałów?
Płytką mam piosenkę,
Wiem, że Ci to nie na rękę,
Ale znam się na swym fachu,
Ze mną nie pójdziesz do piachu.

sobota, 16 marca 2013

Opuszczone sny.

Naznaczony, w pamięci zakorzeniony
Głodny wrażeń, głodny uczuć,
Pełen nieprawidłowości, w kąt zagoniony
Sen niechciany, opuszczony. Sen bez słuchu,
Ogolony z rzeczywistości, szczena opada
Gdy w kręgu smolistej masy ciecz Tobą włada
I celowe działanie, celowe się poddawanie,
Z betonową płytą na płucach oddychanie.
Wrażenie smutku, kwiaty w ogródku,
Kroczenie do szczęścia, bogactwa po malutku,
To wszystko zostaje przez nas wkońcu opuszczane
Gdy oczy otwieramy, to wszystko jest zabrane.
...
Czy aby na pewno tak się właśnie dzieje?
Czy to nie przypadkiem my uciekamy?
Wspomnienia zapomniane i czas się chwieje
W momencie gdy ze snu się wybudzamy.
Zostawiamy w przeszłości swe sny,
Uciekamy, gdyż może się boimy,
Że bliscy powrócą, i że w kłamstwie żyliśmy,
Uciekamy, aby już nie powrócić
I jak w rzeczywistości, by mosty spalić.

piątek, 15 marca 2013

Bardzo.

Bardzo jedyna,
Niezwykle indywidualna,
Szara osoba
Widząca w sobie wroga,
Cała za mgłą, jak w zaparowanych okularach
Widzi gotowość, by przeprowadzić w sobie zamach.

Wszystko w swoim czasie,
Zamknij na chwilę oczy,
Niech zgaśnie wkoło świat, który tak pośpiesznie kroczy.
Wszystko w swoim czasie,
Nie trać w sobie mocy,
Nie igraj z ogniem serca, dającym odwagę w nocy.

Tonie we własnej rozpaczy, w lęku do lęków,
Tak ślepa i tak bardzo sceptyczna do swych wdzięków,
Z papierosem w ręku oddechem łapie życie,
Które sobie odbiera wraz z dymem, to tak w skrócie.
Za bardzo słaba,
Dopada ją wszędzie laba
I tak płynie strumyk pecha
Kreowanego bez echa.

Wszystko jest przez nią, cała ta migracja
Uczuć z serca do oczu, to taka sytuacja,
Pesymizm to jej implant,
Wszczepiła sobie ten chłam,
Stawiła sobie lajka
Myśląc, że będzie bajka.

Kiedyś otworzysz oczy, kiedyś otworzysz usta,
Dalej niż widać spojrzysz, wykrzykniesz swoje gusta,
Odnajdziesz się w przestrzeni, zagubisz wszelkie cele,
Kiedyś tak będziesz kochać, ile jest w Twoim ciele
Litrów krwi i łez wciąż do wylania,
Bo nic nie warte, by tracić je w procesie wchłania
Ludzkich słów, żalu, idiotyzmów przeklętych.
Kiedyś tak będziesz żyła, jak wielu w Niebie świętych.

Bardzo samotna,
Bardzo nielotna,
Bardzo spokojna,
Tak bardzo chojna,
Wcale dla siebie,
Bardzo dla Ciebie,
Bardzo nieżywa,
Aż chce się żygać...

niedziela, 24 lutego 2013

Prząśniczka.

Tak, bardzo ją lubiłem...
Może nawet kochałem...
Ale wkońcu ją zabiłem.
Tak, zanim sam przez nią zgniłem.

Nie było nienawiści.
Szło po naszej myśli.
Zdradziła mnie slowami.
Była za kłamstwa kratami.

Tak, bardzo ją lubiłem.
Może nawet kochałem.
Ale wkońcu ją zabiłem.
Ból odzwierciedliłem.

Bo to była zła księżniczka,
Zagłuszyła serca bit,
Magicznych kłamstw prząśniczka.
Nie pojął jej nigdy nikt.

sobota, 23 lutego 2013

Bierność i poddanie.

To jest moja propaganda,
Krew, pot i łzy,
Luźne więzy.
To jest moja awangarda,
W cieniu wieży
"Element zły".

Odstające,
Bez końca się ciągnące
Idee, ideały,
Wśród których jest się małym,
Nieustępliwe stworzenia
Z kłami wyszczerzonymi
Kłapią japą na istnienia
Chcące być spokojnymi.
Fanatycy - alergicy
Na słowa inne niż "prawda",
Mroczna poezja z ust wrogich,
Co roku inna partia,
Ja się śmieję widząc wszystko,
Do współczucia nie jest mi blisko,
Nieobce jest to zjawisko
Idących na rzeźnię czystą.
Odzyskany wzrok
I do tyłu krok,
Nie przyznawać się,
Że ja tu żyję.
Czarna kałuża,
Gęsta jak smoła,
Pełna kłamstw i drwin,
Nie mam na to sił.

To jest moja propaganda,
Krew, pot i łzy,
Luźne więzy.
To jest moja awangarda,
W cieniu wieży
"Element zły".

Gnieżdżą się ciasno,
W każdej ze swych wieży
Postawionej z rąk
Zmuszonych ludzi.
To niewolnictwo
Pieniędzem stworzone
Aby żyć się dało,
By nie opuścić Cię.
Matko Polko nasza,
Za co to cierpienie?
Czy to dla nas pasza?
Jesteśmy zwierzęciem?
Czterystasześćdziesiąt
I to wciąż nie wszystko,
Pasy popopuszczało,
A im jeszcze mało.
Odzyskany wzrok
I do tyłu krok,
Nie przyznawać się,
Że ja tu żyję.
Czarna kałuża,
Gęsta jak smoła,
Pełna kłamstw i drwin,
Nie mam na to sił.