wtorek, 10 grudnia 2013

Ze wszystkiego w nic

Byłeś człowiekiem sukcesu,
Byłeś świadkiem własnych ekscesów,
Byłeś prawem i sądem dla wielu,
Byłeś drogą prowadzącą do celu,
Byłeś punktem odniesienia,
Przykładem przebaczenia,
Byłeś wojną, byłeś strachem,
Byłeś zamachem,
Byłeś wolną wolą, spełnieniem marzeń,
Byłeś krótkowzrocznym przypadkiem zdarzeń,
Byłeś samotnym jeźdźcem,
Byłeś duszą i sercem,
Byłeś jak słodki wyraz,
Kim jesteś teraz?

Byłeś ojcem osiągnięć,
Byłeś skutkiem niedociągnięć,
Byłeś ratunkiem w potrzebie
I zgonem na pogrzebie,
A jesteś piaskiem na pustyni
Miotanym wiatrami każdymi,
Jesteś bez ciała i rozumu,
Jesteś częścią białego szumu.

Byłeś wszystkim tym, co dobre,
A zarazem do dobrego niepodobne,
Byłeś bestią bez współczucia,
Byłeś ziemią zepsucia,
Byłeś rządnym zemsty ogniem,
Byłeś kojącym ból chłodem,
Wiatrem niosącym zniszczenie,
Byłeś wodą na spragnienie.

Jesteś próżnią nieskończoną,
Głuchym ślepcem i niemową,
Jesteś motyką na słońce.
Co zrobiłeś ze swym życiem?

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Potwory.

Są za ścianami,
Są pod łóżkami,
Kryją się w cieniach -
Mroczne wcielenia.
Szkaradne paszcze, krępej budowy,
Są w naszych szafach i snach. Potwory.
Straszą po nocach,
Chowamy się w kocach,
Oślizgłe bestie
Pachnące wstrętnie,
Piszczą i warczą,
W myślach nas karcą,
Sponiewierają
Dotykiem ciało.
Krążą nad głową
Jak nad zdobyczą
I wyczekują
Cicho coś knując.
Snują się, suną
W noc tą ponurą,
Są wygłodniałe,
Dziwnie wspaniałe.
Nikt ich nie widzi,
Choć ranią bliźnich,
Sapią i dyszą
Jak za słodyczą
Póki nie zgaśnie
Ciemność wyraźnie
I słońce zacznie
Budzić się zacnie.

A gdzie są dniami?
Są potworami.
Znikają we mgle
Rosy codziennej?
Rozpływają się?
Toną w odmęcie?
Gdzie są potwory,
Gdy dzień jest zdrowy?

Są w naszych głowach
I cichną w słowach,
W hałasie miasta.
I są jak kasta,
Rosną, by na noc
Okazać swą moc
Budząc zmartwienia,
Dając cierpienia.

Dorastaliśmy,
Zabijaliśmy
Kształty, by zniszczyć
Wyobrażeń wstyd.
Dojrzewaliśmy,
Potwory z nami.
Nie zabiliśmy,
Są problemami.

niedziela, 8 grudnia 2013

Pies.

Rozerwę Cię sromotnie,
Poczujesz się samotnie,
Nikt nie usłyszy krzyku,
Tutaj nie ma uniku
Przed szczęką moją,
Pyskiem ociekającym krwią,
Łzami się zalejesz
I je do grobu zabierzesz.

Nawiedzał Cię będę
Po nocach natrętnie,
Zostawiał ślady kłów,
Będziesz cierpieć od stóp do głów.
Wszelkie słowa uwięzną Ci w gardle,
Do końca życia będziesz konać marnie.

I kto jest teraz Panem,
I kto jest teraz w szale?
Odwdzięczam się z nawiązką
Za inteligencję wąską,
Twoją rzeczą nie jestem,
Byłem kiepkim prezentem,
Lecz nie naprawisz szkody,
Bo przyszedł czas żałoby.

wtorek, 3 grudnia 2013

Cyrk ucieleśnionego snu.

Opatruję swą rane,
To czyste przetrwanie.
Wraz z Tobą nie wstanę,
Prędzej w płomieniach stanę.

Idąc po cienkiej linii, obrazującej bicie mego serca
Czuję się jak w cyrku, robię za groźnego zwierza -
Dostarczam rozrywki, gdy patrzysz z boku,
Jestem posłuszny, bo jestem w amoku,
Zwariowałem od głodu, wykorzystano moje ciało
Abym tęsknił do wolności, aby wciąż mi było mało.
Pragnę się wyrwać, wytrącić w ręki bat,
Porwać się instynktowi, ale nie być jak furiat.

Chcę zawładnąć cieniami świateł,
Pragnę być jak bohater,
Uratować w sobie zwierze,
Zaufać własnej wierze.

Nie pytasz mnie, nie odpowiadam i się nie spowiadam,
Ukrywasz się, poza obręb Twojego życia spadam,
Ociekasz złem, wonią bólu i wstydu się napawam,
Jesteś snem.

Lawirując między wspomnieniami, oderwany od realiów,
Wyidealizowałem kształty swoich lęków -
W Twoich oczach mrok zasysający życie,
Falujące włosy łagodzące moją linię,
Uśmiech zimy, kwaśna krew,
Ramiona z lodu i ogłuszający śpiew.
Uciekłem z cyrku Twych kaprysów,
Spaliłem most zbudowany z Twoich zmysłów.

Opatruję swą rane,
To czyste przetrwanie.

Nie pytasz mnie, nie odpowiadam i się nie spowiadam,
Ukrywasz się, poza obręb Twojego życia spadam,
Ociekasz złem, wonią bólu i wstydu się napawam,
Jesteś snem.

Wciąż odwracam się,
Nadal żyję
Tymi ze wspomnień,
Które chcę
By karmiły mnie
Choć wiem, że umrę,
Lecz nie oddam się
W twe senne ręce.

czwartek, 28 listopada 2013

Korporacja.

Kiedyś się obudzę w wielkiej czarnej chmurze
Wypełnionej pięknem tego co na górze,
Nie będę mógł zerkać w dół do tego piekła,
Po którym się dziś przechadzam, czasem na klęczkach.
Ludzie, którzy zamiast ust
Używają luf,
Których argumentami
Są mięśnie ze stali,
Pełzną w świadomości władzy opartej na sile i strachu
Stawiają pomnik przy swych słabościach gmachu;
Pomnik wielkości ego, a wartości IQ
Zbudowany z wyciągniętego z ludzi ołowiu.
Po trupach do celu, zadbać o władzę,
Mylić rosnące cyferki na koncie i na wadze,
Osiągnąć coś, co udaje się tylko niektórym...
Gadamy na nich, a nikt z nas sam nie jest gładkoskórym.
Hipokryci wszędzie, w bogactwie i w biedzie,
Coraz mniej przyjaciół poznaje się w tej biedzie.

Wielkie, okrągłe, kruczoczarne ślepia
Podąrzają za nami patrząc z daleka
I szpiegując każdy skrawek naszego życia,
Byśmy nigdy nie mieli nic do ukrycia.
Mamy sny do zabicia,
Myśli do zapicia,
Lecz one już wiedzą,
Wciąż z nami siedzą,
Dotrzymują towarzystwa w każdej jednej chwili
Udając swą nieobecność póki się nie przekręcimy.

Obracam się pośród głuchych głów,
Wiruję między ścianami zaufania, kałużami słów
I coraz wyżej się wznoszę ku niebu,
A siła odśrodkowa doprowadza do rozrywu.
Ręka, noga, mózg na ścianie,
Myślałem, że to przypadkowe działanie.
Byłem kukiełką w teatrze korporacji,
O której istnieniu nikt nie może mieć racji.

niedziela, 17 listopada 2013

Droga do Valhalli.

Każdej jednej nocy
Drogą idą prorocy
I mimo, że bezocy,
To jak sokoloocy
Wypatrują mnie w cieniach,
Rzucają gniewne spojrzenia,
Chcą ogołocić cierpienia,
Pozbawić mnie imienia;
Chwytają za gardło
Ślepym wzrokiem wiary,
Napierają jak kowadło,
Szczekają jak ogary
O zmianie sposobu bycia,
Porzuceniu sensu życia;
Nakłaniają do poddania,
Gotowości na rządania.

Zakuj mnie w kajdany i odbierz radość życia,
Będę niewolnikiem, przedmiotem do nabycia,
Tułaczką chęci,
Niespełnionym snem o śmierci;
Zgotowali mi tu ludzie, pomogli im święci.

Przede mną Valhalla,
Za sobą pogoń mam,
Wrota są zamknięte,
Bóle ucieczki tak namiętne.
Odkrywam w sobie strach...
Zamieram patrząc w nieba krach,
Jak piękny jest mój świat
Skąpany w ogniu, nie liczę strat,
Odchodzą zmysły i widzę sny -
Na szczycie życia stoimy My,
Patrzymy na basen łez
Wylanych przez mój zgubny sukces.

Zanika światło prowadzące skołatane myśli,
Urywa się krzyk wojen i ptaków śpiew,
Odwracasz głowę, a w zasięgu wzroku Twego wszystko lśni,
Zataczam kręgi w sobie, doganiam zwalaniającą krew.

Walkirio, dlaczego mnie zostawiasz?
Czy jestem tchórzem, oddając Ci się teraz?
Pragnąłem Cię pokochać za drogę Twą,
Lecz zrzucasz mnie na ziemię przeze mnie samego spaloną.

Uniósł się czarny pył,
Wizje z przeszłości odkrył,
Byłem i jestem ślepcem,
Kolejną ucieczkę pomyliłem z sukcesem.

środa, 30 października 2013

Do tych, co zgubili drogę.

Połyskuje kilka złotych kropel w półlitrowej szklance,
Umysł zaskakuje stanem, który nie podlega walce.
Zwycięska ręka wnosi toast za życie,
Za jego cel
I za bezsens,
Za tych, co zgubili drogę.

Po butelce whiskey i papierosów paczce został cichy swąt,
Głowa doświadcza własnego ciężaru, ciemny każdy kąt,
Ciało w pościeli ląduje, a mózg przypomina
O cierpieniach,
O przeżyciach,
Którymi zaraz będzie zwracać.

Na wyżyny wznosisz się,
Myślisz, że coś osiągnąłeś,
Odwracasz się na pięcie,
Stajesz twarzą w twarz z życzeniem,
Które obliczem straszy
Choć po policzkach płyną łzy.
Nie odrzucaj go, jest Twoje,
Dobrze zadbaj o nie.

Brzęk kieliszków wzmaga apetyt na zalanie gardła,
Uhonorowanie walki, którą wielu przegrywa co dnia.
Ostatni kielon za zdrowie wszystkich kobiet,
Za ich wsparcie,
Za ich życie,
Za ich wieczne dobre serce.

Co dzień stawiasz opór słabościom przeznaczonym Tobie
I choć gubisz drogę, nie poddajesz się, godnie idziesz.
Wypijmy za tych wszystkich, którym braknie sił,
By kiedyś mogli razem z nami przy tym stole pić.

Zobacz co za sobą masz,
A na co straciłeś czas,
Odrzuć dumę, weź się w garść,
Jeszcze nie pora by paść,
Nigdy nie czekaj na moment,
Zwlekanie jest chore.
Popadnij w niewolę
Czynienia tego, co mądre.