Niegdyś częścią Ziemi, po wielkim zderzeniu
Z prochu powstał Księżyc, zaradził cierpieniu
Samotnej, błękitnej teraz, naszej Ziemi,
Za sobą cudowne miliony wspólnych lat mieli.
Jednak Księżyc zimny, znany wciąż w połowie,
Nie chciał się odwracać, zasłaniał się mrokiem.
Ziemia ciągle grzana przyjacielem Słońce
W nim się zakochała, ukrywała rumieńce.
Mimo, że z daleka, to ciepła dawał wiele,
Dzień spędzał z nią cały, nocą miał wspomnienie,
Wieczorami wprawiał ją całą w wilgotność,
W jądrze zostawiając palącą samotność.
Księżyc raz za razem podejrzewał kłamstwa,
Nieraz się przyglądał zachowaniom Słońca,
Czasem go zasłaniał lśniąc niesamowicie,
Lecz na krótką chwilę. Nie mógł być na szczycie.
W dwóch się zakochała, dwie miłości miała,
Zdarzało się, że na Księżyc uwagi nie zwracała.
Powoli o jego wpływie na nią zapominała,
Jednakże odległości do żadnego nie zmieniała.
Przez całe lata oglądamy ten taniec
I żadne z trojga nie wykazuje chęci na koniec.
I tylko my, pasożyty na naszej Matce Ziemi
Wiemy, że ten kochanek na jej jednej nie kończy.