Na zbłądzonej drodze klęczę i wyzywam
Anioły i demony za powietrze, którym oddycham,
Opuszczam głowę, w której wirują słowa
Nie oddające przekleństw, pod którymi się chowam,
Łańcuch przerwany, dziedzictwo zachwiane,
Ogniwa rozerwane, myśli popękane,
Stłuczone na miliony istnień moje oczy,
Darzyłem je zaufaniem. Nie widzę nocy.
Dłonie me zbłądziły szukając ciepła własnych łez,
Które wyryły w mej twarzy do świata lęk,
Wyżłobione koryta słonych strumieni
Sparzyły skórę gładką, pozbawiły mnie korzeni.
Popadłem w zamęt, ogarnęła mnie trwoga,
Krzyczałem w niebo głosy, obrażałem Boga,
"Jak mogłeś tak postąpić, jak mogłeś mnie zostawić,
Twego lichego miłosierdzia nie da się przetrawić!".
Na tej drodze obnażyłem ramiona,
Spadła na mą czuprynę cierniowa korona,
Zostałem naznaczony, zabiłem brata
Będącego moim odbiciem - zabiłem kata.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz