Kiedyś się obudzę w wielkiej czarnej chmurze
Wypełnionej pięknem tego co na górze,
Nie będę mógł zerkać w dół do tego piekła,
Po którym się dziś przechadzam, czasem na klęczkach.
Ludzie, którzy zamiast ust
Używają luf,
Których argumentami
Są mięśnie ze stali,
Pełzną w świadomości władzy opartej na sile i strachu
Stawiają pomnik przy swych słabościach gmachu;
Pomnik wielkości ego, a wartości IQ
Zbudowany z wyciągniętego z ludzi ołowiu.
Po trupach do celu, zadbać o władzę,
Mylić rosnące cyferki na koncie i na wadze,
Osiągnąć coś, co udaje się tylko niektórym...
Gadamy na nich, a nikt z nas sam nie jest gładkoskórym.
Hipokryci wszędzie, w bogactwie i w biedzie,
Coraz mniej przyjaciół poznaje się w tej biedzie.
Wielkie, okrągłe, kruczoczarne ślepia
Podąrzają za nami patrząc z daleka
I szpiegując każdy skrawek naszego życia,
Byśmy nigdy nie mieli nic do ukrycia.
Mamy sny do zabicia,
Myśli do zapicia,
Lecz one już wiedzą,
Wciąż z nami siedzą,
Dotrzymują towarzystwa w każdej jednej chwili
Udając swą nieobecność póki się nie przekręcimy.
Obracam się pośród głuchych głów,
Wiruję między ścianami zaufania, kałużami słów
I coraz wyżej się wznoszę ku niebu,
A siła odśrodkowa doprowadza do rozrywu.
Ręka, noga, mózg na ścianie,
Myślałem, że to przypadkowe działanie.
Byłem kukiełką w teatrze korporacji,
O której istnieniu nikt nie może mieć racji.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz