Szkarłatne ściany i oplute lustra
Pamiętają dzień, w którym rozcinałem Ci usta.
Szczerym uśmiechem od ucha do ucha
Obdarzyłem Twe lica, od bólu byłaś głucha.
Soczystą zielenią pokryte podwórko
Zmieniło się w rumowisko, na którym żadne piórko
Nie zostawało białe, czarne, szare, czy sine.
Pogorzelisko śmierci - wątpliwie tylko w zimę.
Ostatniej nocy płacz był, dziecko zasnąć nie mogło,
Krzyczało i się rwało widząc na ścianie godło
Sączące się czerwienią, ponuro gęstą mazią,
Oddychające piekłem czekającym za ścianą.
Twój ryk tłumił me serce, otaczał mnie niewolą,
Posłuszny byłem Bogu, a Bóg ten był niemową.
"To moja pleśniejąca i zgrzytająca dusza
Do służby w imię Twego cierpienia mnie zmusza."
Poszarpane włosy i wciąż bijący mięsień
Zaplątały się w sobie sprawiając, że ten mięsięń to więzień
I nawet białe kruki krążące nad posesją
Czyhały, aż przestaniesz być dla mnie bestią.
Tej nocy skończyły się wszelkie, kwaśne kłamstwa.
Krukom Cię rzuciłem, nie chowały łakomstwa.
Odszedłem zostawiając za sobą przeszły dwór,
Może za kilka lat oczyści go Aniołów chór.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz