Odrodziła się w płomieniu łez pokrytych skorupą żalu,
Roztrzaskanych na wysuszonej ziemi, po której stąpała po mału.
Runęły wkoło domki z kart, wzniesione na cześć jej słabości.
Odrodziła się w duchu, odrodziła się w ciele i zastygła w tańcu wolności.
Kochała mówić o uśmiechu uzdrawiającym pesymizm,
Lubiła szeptać słowa wiary budujące optymizm,
Pragnęła zamienić cały świat w serce bijące
Silnie jak młode płuca tlenem się żywiące.
Stęskniona za bezpiecznymi nocami
Dającymi pewność siebie w kroczeniu między kłamstwami
Oblegającymi ją jak las, jak księżyc pośród gwiazd;
Chcącymi stłamsić siłę uczuć, zapewnić jej widok zza krat.
Walka o światło budzące oczy do wędrówki przez krainę, choć znaną,
To męczyła jej kruche, lekkie, aczkolwiek zadbane ciało,
Bo ile można stawiać opór spadającym zewsząd kroplom zdrady i obłudy?
Ile niewdzięcznych jest myśli, ile zdań ukrytych w ustach pełnych fałszu i zguby?
Tajemnicą jest, jaki kolor nosił jej rumieniec,
Niewiadomo także czym zasłużyła sobie
Na szal z drutu kolczastego, na bezimienne spojrzenie.
Wiemy tylko, że nigdy nie poznamy jej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz