Kiedyś, dawno temu, spotkałem Anioła,
Nie znałem istoty, lecz nie była wesoła
I zmartwiony blaskiem blaknącego cienia,
Siedzącej istocie miałem do powiedzenia:
"Czyż nie jesteś z Nieba, z utopii miłości?
Skąd wzięłaś się w miejscu, w którym nie ma godności?
Złote ciało i biel szaty mówią mi, żeś cudem,
Włosów śpiew na nutach wiatru głosi, żeś nie brudem."
Ni słowa i ni spojrzenia, milczenie mnie rozdzierało,
Cóż skrywa osoba, do której tak mi niemało?
Poświata jej wtem zniknęła, ulewa nastała,
W dół spuściła głowę i powoli wstała,
Do mnie siedzącego obok się schyliła,
Rękę wyciągnęła. I była tak miła:
"Mój człowieku drogi, Anioł Stróż Twój jestem,
Spadłam z góry, gdy ogarnąłeś się śmierci gestem.
To ostatnie co zrobić mogłam byś się nie skończył.
Spójrz, już tam nie wrócę. Obyś się oduczył."
Z oczu mi zniknęła idąc w stronę nocy,
Zawiedziona, zimna, a dała część mocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz