Ciemno było, niebo gwiazdy zgasiło,
Na drodze ja, prawie całkiem sam...
Szedł on ulicą, ciuchy podarte miał,
Pobrudzoną buźkę i jednej skarpetki brak.
Kroczył powoli nie patrząc gdzie idzie
I nic nie mówił, gdy pytałem skąd on jest.
Cienie mówiły o gasnących światłach lamp,
Chmury zapowiadały deszcz.
Czas - druga w nocy, ucichł wiatr.
A on ciągle szedł przed siebie.
Czarna czupryna swą głębią błyskała,
Jego cichy oddech w niepokoju stawiał.
W końcu się zatrzymał i podniósł głowę,
Oczy miał białe... jak trup.
Zerwał się wiatr, zaczęło lać,
Chciałem go zabrać, lecz jak kamień stał.
Jedynym światłem był błysk błyskawic,
Które o ziemię uderzały częściej niż krople z góry.
I niebo ujrzałem, usłyszałem pieśń
O chórze Aniołów na wojnę idących.
Spojrzał chłopiec z uśmiechem szyderczym,
A niebo się rozerwało i czerwienią świat nasz zalało.
Wtem wszystko ustało, obudziłem się,
Za okno spojrzałem na błękitny nieba cień,
A na ulicy stała postać ze snu.
Postacią tą był...
Mały chłopiec zombie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz